niedziela, 5 stycznia 2014

Dłuższy nos

Tyle Wam opowiadałam o rodzinie. A przecież nie tylko rodzina ma na nas wpływ. Wujek Staszek był od zawsze. Zjawiał się wraz z moją chrzestną na moje imieniny urodziny, w okolicach gwiazdki. Zawsze był wesoły żartował, trzymały się go figle. Każda jego wizyta niezmiernie mnie cieszyła. Uważałam go za męża chrzestnej. Widocznie wyczuwałam w ich zachowaniu coś bardzo intymnego. Było ciężko jak to po wojnie. Prezentami były przeważnie zabawki, którymi jego córeczka przestała się bawić. Najwspanialsza była lalka nazwana potem Hanką Pacówną. Korpus, nogi i ręce były szmaciane, a główka, dłonie, stopy z porcelany. Miała piękne suknie i aksamitny płaszczyk i taki sam kapturek lamowany prawdziwym futerkiem. Bidaczka padła ofiarą mojej skłonności do chwalenia się. Postanowiłam pokazać mamie, że już dostaję do kontaktu, wspięłam się na palce i w tym momencie trzymana w drugiej ręce Hanka wyślizgnęła się, upadła na podłogę i kawałek głowy z pięknym warkoczykiem zakręconym na uchu rozsypał się w drobny mak. :(. Oblałam to rzewnymi łzami. Mimo, że Hanka straciła nieco na urodzie nie poszła w kąt. W końcu mogłam sobie wyobrażać, że wszystko jest w najlepszym porządku. Kawałeczki głowy mama z ciocią pozbierały i obiecały, że dadzą skleić. To nigdy nie nastąpiło...

Powrót mamy z więzienia położył kres wizytom chrzestnej i wujka w naszym domu. Mama stale się z nimi spotykała w Jagiellonce, a niedzielę latała na szóstą do "kumy" na Wiślną. Niedzielne ucieczki z domu chyba się nie podobały mojej ciotce. Uważała, że chociaż niedziela powinna do mnie należeć skoro cały tydzień mama gdzieś znika, choć nie ma pracy. Czy te utyskiwania cioci, czy może fakt, że podrosłam i być może zmądrzałam nieco, spowodował że mama zaczęła mnie zabierać na te niedzielne spotkania. Chrzestna mieszkała przy ulicy Wiślnej 3 w podwórku. Przechodziło się długim korytarzem na maleńkie podwórko zamknięte ze wszystkich stron budynkami. Drewniane ganki otaczały je z dwóch stron. Mieszkańcy dbali o wygląd domu i mimo, że słońce miało marne szanse dotarcia na dół całość sprawiała miłe wrażenie. Z wyjątkiem zimy poręcze ganków ozdabiały skrzynki z barwnymi kwiatami, na podłodze stały różne palmy, fikusy i inne duże rośliny. Nie było tam wewnętrznej klatki schodowej, tylko wijące się na zewnątrz skrzypiące i dudniące drewniane schody. Na półpiętrach były podesty, gdzie można było złapać tchu, jedynie fragment między drugim a trzecim piętrem miał nieprzerwaną spiralę wiodącą na piętro zamieszkałe tylko przez moją chrzestną i jej ciotkę. Schodom tym zawdzięczam prawdopodobnie moje senne koszmary schody bez poręczy, schody chwiejące się, spadające, prowadzące donikąd. Mieszkanie chrzestnej było jak ptasia dziupla dolepiona pod dachem. Pokój zagracony był licznymi regałami, półkami i półeczkami, uścielony książkami, maszynopisami, czasopismami. Była to też maciupeńka kuchenka, klozet i przedpokoik wiodący na ganek i te nieszczęsne schody. Mieszkanko miało południowozachodnią wystawę, więc latem przypominało patelnię, nawet gołębie przestawały stukać po blaszanym parapecie. Kiedy docierałyśmy na górę i wchodziły do mieszkania, którego nikt nie zamykał wujek Staszek zawsze już tam był. Spoglądali na nas wyrwani nagle ze swego świata podnosząc wzrok znad maszynopisów, Chrzestna "mała dama" wychodziła nam na przeciw cała dźwięcząca srebrzyście bransoletami, tuliła mnie serdecznie do serca miażdżąc mój nos o którąś ze swych wspaniałych broszek (często własnej roboty). Wujek witał mocnym uściskiem dłoni i trzykrotnym pocałunkiem. Całując trącał "niechcący" mój nos i powtarzał, że jest tak duży, że zawadza przy pocałunku. I zaczynaliśmy się spierać czyj nos jest dłuższy. Być może kiedyś skarżyłam się na mój nos, czy może córka wujka miała z tym w szkole jakiś problem - z perspektywy lat myślę, że wujek chciał mnie zahartować na wypadek kpin. I rzeczywiście chyba dzięki temu nie miałam z tym kłopotu. A wujek miał nochal, że proszę siadać!
Potem zaszywałam się w kąt. Wujek składał robotę. Chrzestna na okrągły stolik narzucała serwetę, stawiała cukiernicę, klosz z jakimiś drobnymi ciasteczkami jak wafelki, herbatniki (takie z celofanu, nie żadne tam wykwintne) paluszki i nalewała herbatę czarną jak smoła. Mama, prawdopodobnie po tej herbacie, z niedzieli na poniedziałek miewała ataki serca. Jeśli akurat w domu była ciocia Stefa to ona zajmowała się poczęstunkiem. Gorąca herbata ściągała, jak zaczarowana, następnych gości: Ciocię Kazię Tatarowicz, wujcia Gucia Schmagiera, wujcia Witka Zachorowskiego, później jak mali Zachorowscy podrośli zjawiała się ciocia Marysia; z rzadka bywał wujciu Staszek Urbańczyk. Czasem w połowie spotkania wlatywała ciocia Marysia Pietrasówna, zawsze zziajana, zawsze z jakimś dramatycznym opowiadaniem. Towarzystwo złośliwców kiedy wpadała do pokoju chórem pytało: Co się dziś wydarzyło??? Mogło to być zawalenie domu, wypadek samochodowy, upadek samolotu. Zawsze było to coś niezwykłego, co się przeciętnie ludziom nie zdarza. 
   Siedziałam sobie w kącie przeglądałam Przekrój, najlepsze czasopismo kulturalne tamtych czasów, rozwiązywałam krzyżówki i oglądałam albumy. Były trzy ulubione: Grottger, Głowy wawelskie i Kaplica Zygmuntowska. Trudno je porównywać z dzisiejszymi wydanymi na dobrym papierze, o bajecznych kolorach znakomicie oddających autentyczny wygląd. Jednak dzięki nim pokochałam Kaplicę Zygmuntowską, poznałam każdy fragment, każdą rozetę, roślinny ornament, zawartość każdego kasetonu. A obok mnie płynęły fantastyczne rozmowy, pełne humoru, pasji, temperamentu. Nie były to kłótnie na tematy polityczne. Tu wszyscy mieli jednakowe zdanie. Rozmowy nie dotyczyły cen, zaopatrzenia, nie były biadoleniem o brakach. Zagadnieniem było kto się krył pod kryptonimem, co gromadziło się w lamusie, czy jakieś staropolskie słowo miało jedno znaczenie, czy też było homonimem. Kiedy się urodził i czy mógł ktoś tam uczestniczyć w tym czy owym powstaniu, czy też mowa o kimś o zbieżnym nazwisku. Szły w ruch słowniki, encyklopedie, vademeca, normy. Wszyscy zaperzeni, rozgrzani do czerwoności dowodzili słuszności swojej tezy, przegrani prawie płakali. Była to wspaniała lekcja z kulturoznawstwa. Widzę wujka jak stoi przed półką, drapie się w głowę i już nieomylnie wyciąga potrzebną książkę. Był w tym fantastyczny. Widząc książki przyniesione z księgarni, zawinięte w papier pakunkowy, podchodził brał w ręce książkę, trzymał przez moment delikatnie badając zarys, ważąc... i podawał tytuł. I nie mylił się. Często można go było spotkać stojącego przed księgarnią, doskonale się orientował co wyszło. W pokoju chrzestnej też wiedział gdzie szukać potrzebnych książek.

To wujek dał mi pierwszą indiańską książkę "Ducha puszczy" Roberta M.Birda. Potem był "Ostatni Mohikanin" J.F.Coopera, "Jeździec bez głowy" Thomasa Mayne Reida. Od niego dostałam książki May'a, Curewooda, Fiedlera, Verne'a. Wprowadził mnie w świat chłopięcych przygód na lądach i na morzach. Moi ukochani bohaterowie bez skargi znosili cierpienia, nie załamywali się, pokonywali przeszkody jakie życie przed nimi stawiało. To był świat przyjaźni, lojalności, dzielności. Bohaterowie wychodzili z opresji nietylko dzięki fizycznej sile, wiele znaczyła ich wiedza, znajomość geografii, biologii, mechaniki. Dzięki tym książkom mogłam się bawić z chłopcami, co było o wiele ciekawsze niż zabawy w dom, sklep, czy szkołę. - Wujek współpracował z prof. Dankiem przy wydaniu "Dzieł" Kraszewskiego i wśród moich książek pojawiły się tomy w szarej póciennej oprawie. Dostałam też "Dziennik podróży do Tatrów" Goszczyńskiego. Te książki bliskie mi też i dlatego, że siedząc w moim kąciku słyszałam o różnych zagadnieniach towarzyszących ich powstaniu. Bez wujka spotkania na Wiślnej na pewno nie byłyby tak ciekawe. To on i chrzestna zapoznawali całe towarzystwo ze swoimi pracami. Wujek opracowywał biogramy między innymi do "Polskiego Słownika Biograficznego". Przy nas wiódł z chrzestną spór jak powinno wyglądać takie hasło. Chrzestna, matematyczka, była za zwięzłością, ścisłością, minimalną ilością słów (konieczne i wystarczające). Wujek, filozof (polonistyka była częścią wydziału filozoficznego), chciał biogramów szerszych, bardziej ukazujących sylwetkę. Chrzestna krzyczała, że "rumieńce życia" nie przystają do hasła naukowego jakim jest biogram i skrzętnie pozbawiała biogramy napisane przez wujka tychże rumieńców. Mama uważała, że chrzestna deformuje myśl wujka, że w suchym biogramie ginie osobowość człowieka. Słuchaliśmy też, jak posuwają się poszukiwania rodzin, czy znajomych ludzi, których biogram ma być sporządzony. Było to doprawdy pasjonujące. Kiedy tak sobie przeglądałam Grottgera wujek opowiadał o swej pracy na temat Maryli Wolskiej, poetki, córki Wandy Monnee, narzeczonej Grottgera. Opowiadał o Pawlikowskich, o środowisku literackim Zakopanego. W jego opowieściach wszystko było żywe, nieraz pełne humoru, dowcipne. To właśnie na Wiślnej usłyszałam po raz pierwszy nazwisko Gajcego. W szkole nie było o tym mowy. Wujek zaczął się zajmować także literaturą okupacyjną. Kiedy znajdował na to czas? Nie wiem. Okupacja była częstym tematem w rozmowach, który wszyscy prócz mnie znali z autopsji. A okupacja to była także Jagiellonka, którą kochali nieodwzajemnioną miłością. Wujek przyszedł do Jagiellonki dopiero po wojnie. Reszta towarzystwa przeprowadzała księgozbiór z Collegium Maius do nowego gmachu przy Mickiewicza. Czuwała nad pakowaniem, przewozem, odpowiednim rozlokowaniem, tak by cenne książki "gdzieś się zawieruszyły", by okupant do nich nie dotarł. Wszyscy ukradkiem wnosili do Jagiellonki wydawnictwa podziemne. Przy wejściu stał strażnik, który mógł w razie podejrzeń dokonać rewizji osobistej. Ale oni chcieli by biblioteka miała komplety czasopism, żeby po zakończeniu wojny Naród miał świadectwa walki. Nie była ważna cena jaką mogli zapłacić, gdyby przy nich znaleziono choćby skrawek bibuły. Tymczasem w latach pięćdziesiątych pracownicy Jagiellonki małżeństwo Barów wyniosło ich dorobek z biblioteki i część sprzedało do Austrii, część Barowa trzymała w domu i twierdziła, że jest to ich własny zbiór. Ktoś to wykrył i zrobił się skandal. Wujek bardzo się zaangażował w dziennikarskie śledztwo. Niestety Barowa była w mocnej pozycji. Umiała pozyskać sobie posła Drobnera (według niego klęczała przed nim i prosiła o wstawiennictwo). Może gdyby dyrektorem był kto inny, bibliotekarz z prawdziwego zdarzenia, sprawa by się inaczej potoczyła, czasopisma wróciły, a winni ponieśli zasłużoną karę. Niestety dyrektorem był poeta, Julian Przyboś, nie rozumiał wagi zbioru, pozycji Biblioteki Jagiellońskiej. Nie zdawał sobie sprawy, a może nie miał ochoty zawracać sobie głowy. W końcu ważna była Jego Poezja. Jagiellonka - nie. Ludzie, którzy wywlekli sprawę, którzy zeznawali przeciw Barom znleźli się na indeksie. Nie mieli życia. Nie wiadomo kiedy dochodziła godzina ósma. Latem wpadał głos hejnału. Ktoś podnosił się mówiąc: "Hora canonica!" (godzina kanoniczna czyli ustalona przez prawo kanon. w jakimś tam celu). Za nim podnosiła się reszta, zimą stopniowo, ze względu na ciasny przedpokój (taki jak u Daniela), latem gremialnie. I zaczynał się pochód w dół po drewnianych schodach. Chrzestna wychylona przez chwiejącą się poręcz upominała "ciszej, ciszej!" Skrzypienie schodów wreszcie ustawało na rzecz głośnych kroków w korytarzu i nagle stawaliśmy w innym świecie. Przechodnie spacerowali, szli, albo wracali z Rynku. Czasem bywało, że od Plant wracali kibice. Wujkowie pytali: "I jaki wynik?" Wujkowie kibicowali od chłopięcych lat Cracovii. Wisła nazywała się w tym czasie "Gwardia" i była klubem milicyjnym. Porządni, starzy krakowianie nie mogli czemuś takiemu kibicować. Staliśmy pod bramą wymieniając uściski, siłując się kto mocniej ściśnie. Ktoś słabo podający rękę mógłby nieźle ucierpieć. Wujek Staszek brał nas obie pod ręce i ruszaliśmy razem na ukos przez Rynek. Wujek przeważnie w znoszonym trenczu, przepasanym rzemiennym paskiem, w czarnym berecie zawadiacko włożonym na głowę. Ot, krakowski ander. Urodził się w Krakowie, kochał go niezmiernie. Znał każdy kamyk, każde podwórko, wieżyczkę, ukrytą gdzieś latarenkę. Miasto nie miało przed nim tajemnic. A on starał się stale coś nowego odkryć. Wtedy wiódł nas w to miejsce i pokazywał ten krakowski skarb. Najmilej było zimą, wśród padającego śniegu, lub jesienią kiedy mgła wydobywa tajemncze detale. Szliśmy tak koło św. Wojciecha, kościoła Mariackiego, zaglądali w zaułek między Panną Marią i św. Barbarą, potem Szpitalną dochodziliśmy do św. Krzyża. Rozstawaliśmy się przy dworcu, czasem szliśmy jeszcze dalej, do Rakowickiej. Machałyśmy mu z tramwaju, a wujek ruszał pieszo do domu.

Wujek prócz Krakowa kochał góry. Nie była to miłość w nowym stylu: "ruszam na szlak, ma być 1godz. 15 min. Robię to lekko w 40 min. Co to dla mnie! Zaliczyłem(am) tym razem 6 szlaków. Następnym zaliczę..." Nie, to była miłość w stylu odkrywców Tatr, znajomość gór pełna zachwytu i pokory, znajomość kultury, bez protekcjonalnego poklepywania "gazdo, jaką psewidujeta pogodę, cy będzie halniak? psyjdzieta zatańcyć ksesanego". To była znajomość języka, rodziny, kłopotów, to była przyjaźń na zasadzie równości. Kiedy żona wujka sprzedała dom w Jarosławiu kupili w Bukowinie niewykończony dom od Jarząbka. Dom był w przepięknym miejscu, za wsią, prawie bez sąsiadów, poniżej domu był długi stok, ponad domem kapliczka Brzezińskiego w cieniu wysokich świerków. Z górnego piętra było widać kilka szczytów. Wujek z Jarząbkiem pracowali nad wykończeniem domu. Co wujek zarobił zaraz pakował w dom. Jego środek to była świetlica, umeblowana i przystrojona na izbę w schronisku: Duży stół w pośrodku, na ścianach mapy, nawet taka wypukła, panorama Tatr z Bukowiny, z oznaczonymi wszystkimi szczytami. Były też czekany i lina do wspinaczki, apteczka z czerwonym krzyżem. Na stole stała olbrzymia, secesyjna lampa naftowa. W lewo były drzwi do sypialni gospodarzy, z prawej do gościnnego pokoju. Widziałam jak gospodarz wieczorem cicho klękał i odmawiał różaniec. Ponieważ dom stał na stoku poziom gościnnego pokoju był równo z ziemią, a pokój doklejony do gościnnego znajdował się już na wysokości. Na piętrze (mama dorzuciła się do wykończenia) był duży pokój pełen książek...i to jakich! To były książki, które cenzura, czy UB powinne natychmiast zarekwirować, a właściciela posadzić by zdradził kontakty. W zbiorze znajdowały się pamiętniki Churchilla, Maczka, Rayskiego, Montgomery'ego. Zresztą trudno to wszystko wyliczyć. Stał też bogaty zbiór kryminałów. Drzwi "Nietoty" były otwarte dla gości, a motto wujka głosiło: "W "Nietocie" wszystko wolno!"

Po odejściu z Jagiellonki pracował na UJocie, wykładał tam nauki pomocnicze, dojeżdżał do Rzeszowa do filii WSP. Głównym jego etatem stał się etat na WSP. Żałowałam, że nie mam z nim ćwiczeń z nauk pomocniczych i zazdrościłam koleżankom, którym wykładał. Żółkłam słuchałając entuzjastycznych relacji. Umówiliśmy się, że w razie spotkania w Jagiellonce będziemy się ostentacyjnie witać, (oczywiście trącając nosami). Niech i mi pozazdroszczą!

Wujek mając takie niesamowite wiadomości był bardzo skromny. W związku z jakimiś przepisami musiał zrobić habilitację. Co on przeżywał! Zupełnie nie wierzył w siebie, denerwował się, a wszyscy zebrani na Wiślnej przekonywali go, że co jak co, ale on zna temat pracy lepiej niż wszyscy w komisji razem wzięci. Pamiętam chwilę gdy stoi na schodach Collegium Novum spocony, ale już odprężony, trzymając w ręce dłuuugie kwiaty.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz